Prawem jest i obowiązkiem aby biorąc odpowiedzialność za psa trzymać go na smyczy, czasem też w kagańcu. Na ogół jednak próbujemy wyszarpać sobie i pupilowi nieco wolności i tu i ówdzie odpinamy smycz. O kagańcu tylko wspominam, bo niemal u każdego z nas leży on gdzieś w domu i pokrywa się kurzem. No czasem oczywiście bierzemy go ze sobą i demonstrujemy, że mamy:) Wyjątek stanowią publiczne środki transportu – tu nie ma wybacz, kaganiec musi być. Poza tym bywa zdjęty. I jest w tym jakiś sens, bo poza kilkoma jednostkami, głośno protestującymi przeciw psu bez zabezpieczenia, reszta ludzi chętniej podchodzi do zwierzaka, zagaduje, głaszcze. Zakładam oczywiście, że nasz przyjaciel jest spokojny, zsocjalizowany i ze spokojem akceptuje wyrazy zainteresowania (aby jednak mógł ten stan osiągnąć, w szczenięctwie musi poznać te sferę życia społecznego).
Ale wracajmy do smyczy. W mieście niewiele mamy możliwości aby puścić wilczaka luzem. Pies tak silnie kierowany instynktami musi być zabezpieczony jakimś mechanicznym hamulcem. Tu żaden stopień wyszkolenia nie zagwarantuje nam odwołania z pogoni za nagle wyskakującym kotem czy przefruwającym ptakiem. Takie cuda to tylko z psami o mocno stępionych instynktach. Choć mądrzy ludzie twierdzą, że zasada ograniczonego zaufania dotyczy każdego psa, bez wyjątku.
No ale skoro wzięliśmy sobie wilczaka to spacerami na smyczy nie zapewnimy mu tej porcji aktywności, której potrzebuje. Możemy próbować chodzić na szkolenie, po roku i pozytywnych wynikach badań stawów możemy jeździć rowerem ale to nie wystarczy. Oczywiście przez pierwszy rou możemy spokojnie puszczać naszego wilczastego na terenach spacerowych dla psów . Zabawy z innymi psami to niezastąpiona okazja do socjalizacji i prawidłowego rozwoju szczeniaka. Nie oszukujmy się jednak, że taki błogi stan będzie trwał wiecznie. Nasz wilczak dorośnie, zagrają hormony i przyjacielski stosunek do świata pobratymców ulegnie radykalnej zmianie. Pozostaje nam więc znalezienie mniej uczęszczanych terenów spacerowych i ewakuacja z dotychczasowego placu zabaw lub zapięcie psa na smycz. I sprawą naszych chęci i pomysłowości jest zabezpieczenie odpowiedniej dawki ruchu psu-renegatowi z publicznej piaskownicy dla grzecznych piesków 
Super okazją są wyjazdy, te bliskie i dalekie, w lasy, na łąki, w góry nad jeziora...Hulaj dusza i raj na ziemi, wydawałoby się... i nic bardziej mylnego. Bo przestrzeń dodaje skrzydeł, odległości się wydłużają, nowe zapachy kuszą a lokalna fauna różnej wielkości też jakby obca i wymagająca poznania. I tu pomaga nam szkoła, bez znaczenia czy zorganizowane szkolenie psów czy własny wkład w wychowanie pupila. Pomaga wypracowany system sygnałów, istniejąca więź. Właściwie to żaden z tych elementów, brany pojedynczo nie zadziała. Zadziała natomiast kombinacja ich wszystkich, nawet jeśli ich dotychczasowa skuteczność spadnie o ¾.
Nie liczmy na to, ze zrywająca się do biegu sarna czy inny zając nie spowoduje błyskawicznego startu wilczaka. Nie liczmy tez na to, że nasze zawołanie w tym momencie odniesie jakikolwiek skutek. Tej sytuacji prawdopodobnie nie przećwiczyliśmy, nie dano nam na placu szkoleniowym żadnej „ćwiczebnej” sarny. A żaden „ćwiczebny” kot nie zostanie z taką sarną pomylony. Innymi słowy: to co nowe, wprowadza element niepewności w dotychczas znane zachowania:)
Nie znaczy to jednak, że mamy zrezygnować z przyjemności patrzenia na brykającego wolno psa. Więc...spuszczamy wilczaka ze smyczy, przestawiamy głowę w tryb obrotowy, wysuwamy oczy na długich czułkach, stajemy się czujni i .. kwieciste łąki przed nami, błękit nieba nad nami a pomiędzy radośnie biegający pies.J Mamy w ręku broń, jedyna skuteczną- zobaczymy coś pierwsi. Na ogół wilczak jak już też dostrzeże obcy obiekt, przez chwilę go namierza. Zastyga nieruchomo i wpatruje się. Komenda przywołania na nic się tu nie zda. Prędzej cos w rodzaju „stój”. Jeśli nauczyliśmy psa, że podchodzenie do niego nie oznacza końca zabawy, biegania, ze podejście i przypięcie smyczy to nie jest coś, czego należy unikać to mamy szansę zachować kontrolę nad sytuacją. Do chwili gdy opadnie zainteresowanie na tyle, ze znów do potwora dociera dokładnie to co mówimy .
Gorzej gdy zamyślimy się, stracimy czujność i zobaczymy śmigający zad naszego psa w kierunku czegoś obcego. Można oczywiście zdzierać sobie gardło- jeśli ktoś lubi. Ale na skuteczność bym nie liczyła. Dopóki nie dobiegnie do celu- nie usłyszy nas.
I teraz, w zależności od sytuacji albo lecimy śladem uciekiniera albo, siadamy spokojnie i czekamy na powrót . Jeśli bury wyrwał nam za zającem- można usiąść. Wróci po chwili a na pasztet nie bardzo mamy co liczyć
Na szczęście.
Nie jest jednak tak źle, jakby się wydawało. Każdy pies chodzi we własnym „dystansie”, ma swoja odległość, poza która zatrzymuje się, sprawdza czy nadal jesteśmy lub powraca do nas na chwilę. Ten dystans na ogół daje nam komfort chwilowej utraty czujności – pies sam się pilnuje. Nie sam z siebie oczywiście. Wcześniej musimy ten dystans poznać i nauczyć psa, że stanowimy część jego otoczenia, o której warto pamiętać J
Jak już to wszystko mamy i znamy to możemy czerpać przyjemność z długich spacerów na łonie natury.
Warto wtedy dać na luz, siąść w trawie i nie robić nic, nic nie chcieć od psa, nie wołać go.... jaka frajdę sprawi nam fakt, że bury zamiast bobrować w okolicy zamelduje się tuz obok nas, fiknie koziołka aby pomiziać go po brzuchu, usiądzie i będzie patrolował okolicę ponad nasza głową i z własnej, nieprzymuszonej woli nie ruszy się nawet o krok. Nie będzie ponaglał do ponownego marszu, nie będzie znosił patyczków, nie będzie szczekał. Będzie po prostu obok, bo tak chce. I jego wszystkie instynkty i popędy każące mu polować i biegać wygrzewają się w słońcu razem z psem. Bo po co maja się męczyć? 