Każdy z nas nosi w sobie idealny obraz psa-kompana, wyniesiony z filmu Lassie.
I oczywiście wraz z upływem lat blednie ten wyidealizowany obraz, podobnie jak wiara w Mikołaja.
Na szczęście nie całkiem, na szczęście w każdym z nas nadal tkwi „Mały Książę” i gdy tylko okoliczności sprzyjają- możemy oddać się dziecięcym marzeniom we władanie.
Dla mnie takim impulsem, a właściwie serią impulsów były rozmowy z Marią (Dogobserver), kiedyś zaczęło kiełkować coraz silniejsze przekonanie, że warto się zatrzymać i dać psu szansę na kontrolę sytuacji.
Okazja nadarzyła się ostatnio, po intensywnym życiu towarzyskim w ludzkim i psim stadzie przyszedł czas na chwile dystansu i samotne, długie spacery po dzikich terenach. Na szczęście w Warszawie trochę ich jest, są tak rozległe i nieuczęszczane, ze można zapomnieć iż do miasta dzieli nas 10 minut jazdy. Środek lata, łąki zarośnięte dziką, wybujałą roślinnością, która uniemożliwia przejście, cisza nieistniejącej tu cywilizacji i w zamian harmider natury- niemal kompletna dzicz:)
I w takich okolicznościach funduję sobie z Cheyem spacer na kompletnym luzie, nic od niego nie chcę, nie wołam, idę i cieszę się tym co wokół. A przy okazji mogę się przyjrzeć niewymuszonym zachowaniom psa.
Młody ma do wykorzystania czas i przestrzeń, nic go nie krępuje. Odbiega truchtem na jakieś 30 metrów, widzę jak po drodze odwraca uszy w moim kierunku – jak ustawianie stereo: najpierw jedno ucho, potem drugie, oba naraz i zatrzymuje się, odwraca aby skontrolować czy podążam za nim. Większość trasy tak właśnie wygląda. Gdy poleci na bok, w dojrzewające zboże lub łąkowy busz – zaraz wraca w podskokach, płosząc czasem po drodze bażanty, sroki mniejsze ptaszki.
Ostatnio zaniosło nas wyjątkowo daleko, łaziliśmy już ok 1,5 h, zawędrowaliśmy w jakieś obce tereny i skończyły nam się ścieżki, nawet takie delikatne, w trawie. Musieliśmy przejść po pozostałościach z dawnej podmurówki - wąsko, nierówno i z zardzewiałymi resztkami niegdysiejszego ogrodzenia. Szłam ostrożnie, Cheitan tuż za mną. Chciałam zejść w bok, zobaczyłam kawałek ścieżki, kończącej się gdzieś w krzakach, za którymi nic już nie można było dojrzeć. Zeskoczyłam, Chey za mną ale gdy zatrzymałam się nad jakimś bagienkiem,zastanawiając którędy je obejść, podskoczył i uszczypnął mnie w nogę (taki sygnał-zaczepka do zabawy). Zeźliłam sie lekko, odwróciłam do niego aby nie pozwolić na powtórkę a on zamiast ponownego doskoku zawrócił i wskoczył z powrotem na murek. Zastanowiłam się chwilę, dalsza, niewidoczna część ścieżki nie wyglądała zachęcająco więc podążyłam za psem. W tym momencie przekierowałam się na dokładniejsze patrzenie co robi Chey. Wymyśliłam sobie, że on mi pokazał gdzie idziemy dalej więc czemu nie oddać całkiem inicjatywy i nie zobaczyć co z tego wyniknie? Czas nas nie gonił....
Doszliśmy do końca podmurówki, nadal żadnej ścieżki ale trawy rzadkie i niewysokie, spokojnie można iść. Tu Chey znów zaczął bobrować po bokach, obwąchiwać kępki traw, wyluzował...aż do ściany lasku który zapraszał wyraźna ścieżką. Pies poleciał przodem, na zakrętach zatrzymując się i oglądając za mną. I tak dłuższą chwilę aż do końca ścieżki...skończyła sie nagle, tuż pod ścianą wysokich trzcin. Niedobrze, utknęliśmy w środku jakiegoś zabagnionego lasku, znając tylko kierunek w którym należy iść i nie mając przed sobą żadnego przejścia z wyjątkiem mało zachęcającej drogi powrotnej. Postanowiłam przedrzeć się przez trzciny, sporo wyższe ode mnie,zasłaniające skutecznie grząskie podłoże, pies niemal deptał mi po piętach. Nie było fajnie, nic nie widziałam, lekki półmrok i nie widać końca. Uff, doszliśmy znów do łąki, chyba się pogubiłam, zatoczyliśmy koło i nijak nie było możliwości aby iść dokładnie w kierunku właściwym. Właściwie to jedyną możliwością był kierunek przeciwny . Młody chyba się lekko zestresował bo po wyjściu z trzcin ukradł mi z ręki czapkę i odstawił głupawkę
Jak już się zmęczył lataniem wkoło, mogliśmy ruszyć dalej.
Nagle Chey ruszył susami w bok, w wysokie, ostre trawy- zdziwiłam się ale poszłam dalej. Stanął, zawrócił, dobiegł do mnie, za chwilę znów poleciał w bok...przyszło mi do głowy, że prowadzi, skręciłam za nim. Słusznie;) Przeprawa była krótka i doprowadziła do drogi, która spokojnie mogliśmy wrócić, a której nie miałam szans zobaczyć wcześniej
Więc znowu młody miał rację.
Po drodze Chey jeszcze galopkiem przebiegał po bokach, gdzie stała woda, niewidoczna wśród roślin- zawsze zdążyłam zmienić stronę drogi na tę bardziej suchą;) A gdy juz wracaliśmy powtórzył się, jak refren, początek spaceru – kontrola uszami, przystawanie, oglądanie się za siebie.
I po lekko podwyższonej adrenalinie poczułam sie właśnie jak bohater „Lassie”, niesamowite uczucie. Pozwoliłam psu na wysyłanie sygnałów i potrafiłam je odczytać, miałam wrażenie, że każdy następny jest bardziej czytelny i jednoznaczny. Jakby obie strony miały radochę z faktu, że znalazły zrozumiały system znaków, wspólny język
Wszystkie sygnały odbierane i nadawane zaczęłam kontrolować. Nagle to, co istniało zawsze ale nie otrzymywało oprawy- teraz stało się „słowami” języka znanego obu stronom. Przy okazji zagościł w tym wszystkim niesamowity spokój. Tuz przed dojściem do auta spotkaliśmy ludzi w dwoma AST-ami. Chey nie podleciał do nich, poczekał na mnie, dał sie zapiąć na smycz, minęliśmy się.. tuz przed wejściem do samochodu dogonił nas jeden z ASTów- poleciał za nami mimo nawoływań właściciela. Zrobiło sie groźnie, oba samce, zjeżone, usztywnione, warczące. Odeszłam os nich dając maks swobody i licząc na rozejście sie psów. Napięcie jednak sięgnęło zenitu...ale nic sie nie stało. AST chciał sie wycofać, Chey go skotłował, wrzucił pod siebie..ale wszystko bez użycia zębów. Gdy zobaczyłam, ze AST mimo grożącej postawy zdecydowanie ma ochotę na odwrót, zawołałam Cheya... psy zakończyły pokaz siły, młody przyszedł do mnie, AST ze zraniona dumą wrócił do swoich.
Mogliśmy wracać d domu 
Ja i mój Lassie w wilczej skórze ...
Wczoraj pojechaliśmy na inne łąki, ok 19, pochodziliśmy raptem pól godzinki. Zapatrzyłam się w chmury przebijane promieniami słońca i nie zauważyłam wielkiej czarnej burzowej chmury, wędrującej z centrum wprost na nas.
Cheitam w pewnej chwili stanął za mną i zapiszczał ponaglającym skomleniem, odwróciłam się do niego – odskoczył i pobiegł z powrotem droga, która przyszliśmy. Rozejrzałam sie o co chodzi, może ta chmura? Wygląda, ze jak lunie to porządnie...ale przecież pies ani deszczu ani burzy się nie boi....
Ale OK- upiera się to idę. Doprowadził mnie wprost do samochodu. Nie wiem o co mu chodziło, sam zakończył spacer . Chmura owszem, pokazała co potrafi ale czy o to chodziło? Nie wiem.