Gdzieś po drodze, w trakcie szkolenia i codziennego wychowania, tworzą się efekty, które czasem potrafią zaskoczyć. Samo szkolenie prowadzi do bardzo widocznych rezultatów: pies uczy się zmian pozycji, skoków i wielu innych rzeczy i to na jakim jest etapie widać i w szkole i na spacerach i na zawodach czy egzaminach. I to jest dość wymierne. Działa liniowo i w sposób zamierzony.
Czasem jednak, gdy sytuacja na to pozwala okazuje się, że nauczyliśmy psa wielu zaskakujących rzeczy, niejako „przy okazji”.
Wczorajszy spacer Chey miał przy rowerze, rower wzięłam Romana, bo mój nie ma powietrza a pompkę zgubiłam
Zapomniałam, że ekspresowe zsiadanie awaryjne z męskiego, dużego roweru bywa kłopotliwe i czasem nieprzewidziane w skutkach.
Wybraliśmy sobie trasę miejsko- terenową, po asfalcie i potem kałużach, dołach, łąkach. Większość trasy Chey był na smyczy i ten właśnie czas pokazał co nam sie po drodze utrwaliło i ukształtowało.
Ale od początku: wychodzenie w domu czyli Chey czeka aż wyjdę z rowerem z mieszkania, potem pierwszy schodzi po schodach ( nie trzymany bo musze podnieść rower) i znów puszcza mnie przy wyjściu z bloku po czym grzecznie stoi i czeka aż ruszymy. Żadnego stresu, powstrzymywania, mamy po prostu rytuał. Później mamy jazdę uważną, bo pierwszy odcinek i tak przeznaczony jest na przerwy „techniczne”. Jak już możemy skupić sie na jeździe, zaczyna być potrzebne porozumienie wokalne, bez użycia smyczy. Bądź co bądź nie chodzi o to by majtać smyczą z psem na końcu (pomijam juz kwestię komfortu utrzymania się na rowerze trzymanym jedną ręką). To coś jak jazda na koniu – nie chodzi o to by rwać koniowi pysk wędzidłem.
Jedziemy więc sobie, kontrolując formę psa i obserwując potencjalne przeszkody:
inne psy, które trzeba zgrabnie ominąć (tu rower stanowi granice pomiędzy psami a Chey wie, że na ten moment przyspieszamy). Czasem oczywiście młody jest tak zainteresowany drugim psem, że po minięciu go zwalnia i odwraca się. Tu czasem wchodzi impuls smyczą niestety.
konieczne do obsikania krzaczki – puszczam smycz, zatrzymuję się kawałek dalej i czekam. Cheitaś podchodzi, staje na wysokości roweru- wtedy spokojnie sięgam po smycz i dalej w drogę
przechodnie i inni rowerzyści- tych mijamy swobodni, Chey sam zbliża się do roweru na czas mijanki, wystarczy, że ja wjeżdżam rowerem na skrajna prawą, to jest znak, ze chwilowo poruszamy się w bardzie zwartym szyku
hamowanie – tu sygnałem jest tarcie hamulców, Cheitan odczytuje ten sygnał jako hasło do zwolnienia i zatrzymania się
zakręty : ze szkolenia przydały się komendy „prawo” i „lewo”. Wypróbowałam je wcześniej na odległość i znam już czas i dystans dzielący usłyszenie przez psa słowa do realizacji zmiany kierunku
nagle zwężenia trasy, uniemożliwiające swobodny przebieg w jednym rzędzie : tu zdecydowanie wyprzedzam psa , który nie przyspiesza i w ten sposób przejeżdżamy zwężenie pojedynczo
No i na koniec nagłe, nieprzewidziane okoliczności, jak te które zdarzyły się wczoraj . Kilka razy wjechałam w jakieś dziury z kamieniami albo śliskie zejście ścieżki przez pokrzywy i błoto wprost do wody. Kończyło sie to nagłym hamowaniem i na ogół wysiadką z roweru wierzchem przez kierownicę... z efektownym lądowaniem na ziemi...a jakże
Co robił Chey? Przytomnie zatrzymywał się i czekał aż pozbieram się, porozkręcam rower, tak aby jechał do przodu a nie w kierunku aktualnie wskazywanym przez kierownicę . Gdy wsiadałam na rower ustawiał się po lewej, lub gdy stal z przodu (wąska ścieżka) wybierał jedną w dwóch opcji: albo biegł w takim tempie, że swobodnie mogłam za nim jechać bez obawy, że na niego najadę, albo ustawiał się lekkim skosem dając miejsce do wyminięcia go.
Pomijając moje wypadki cała wycieczka odbyła się absolutnie bezkolizyjnie dla psa. Co więcej, jego zachowanie dało mi luz i radość . Bo okazało się, że pewne mimowolnie i przy okazji wyrobione zachowania przechodzą w płynne porozumienie i zgranie. A to mnie napawa dumą.
Bo znaczy, że trafiłam z Cheyem na tę ściezkę, która jest dla mnie najważniejsza- wzajemnego porozumienia...
(tu kłania sie 'Zaklinacz koni”)