Piątek, wrzesień 1. 2006Lato pełne zdarzeńSierpień był trudnym miesiącem. Radosne oczekiwanie na planowany urlop przysłonił cień rodzinnej tragedii i ludzkiej i psiej. Po prawie 8 latach wspólnego życia musieliśmy poddać się w nierównej walce z chorobą i na zawsze pożegnać naszą ukochaną Gigunię To bardzo ciężkie przeżycie i dla nas i dla Cheitana, dla którego Giga była ”od zawsze”. Wspólnie planowany wyjazd zmienił znaczenie, stał się nagle remedium na zbolałe dusze, miał nas wyrwać ze smutku, dać odetchnąć i znaleźć odrobinę dystansu to tego co się stało. My ludzie, potrafimy czasem znaleźć niejakie pocieszenie w racjonalnych przyczynach zdarzeń, psu nie da sie nic wytłumaczyć. Więc Chey nie jadł, snuł sie po domu, przynosił zabawki, o które dotychczas toczył codzienne boje i gonitwy z Gigą, przy każdym powrocie do domu biegał po mieszkaniu i jej szukał...zdecydowanie trzeba było zmienić otoczenie. Wyjechaliśmy. Pojezierze lubuskie, niespotykanej urody okolice jezior, pól i lasów, niedaleko od Peronówki, do której mieliśmy zjechać na ostatni weekend sierpnia. Miejsce wybrane ze względu na Gigę, aby nie męczyć jej długimi przejazdami.... nie dane jej było nam towarzyszyć. Zostało nas troje....i cichy, spokojny świat dookoła. Codzienne wycieczki, piesze lub rowerowe, kąpiele w jeziorach, chodzenie po lasach.. Cheyowi postawiliśmy cykl dobowy na głowie. Przyzwyczajony do snu w ciągu dnia-tu od rana w pełnej aktywności. Pierwsze 3 doby nie chciał jeść, za to zasmakował w pilnowaniu podwórka. Wieczorem trzeba było go ściągać do domku i zamykać drzwi, inaczej całą noc by czuwał O dziwo na spacerach w lesie pilnował się doskonale. Raz wypłoszył zająca , i dziwne że tylko raz bo po lesie poruszał się jak „krowa w szkodzie” :p Generalnie mocno sie zmienił, zaczął bardziej pilnować, nieco stracił na rozrabianiu.. na spotkaniu z Późnej okazało sie, ze stracił też coś innego. Dotychczas wychowywany „w stadzie”, cały czas mając wsparcie z Gidze udawał chojraka, gdy został sam nagle okazało sie, że nie taki z niego gieroj jakby sie wydawało. Po takiej serii emocji i nowych sytuacji został nagle wrzucony w sytuację ekstremalną: kolejne nowe miejsce, całe mnóstwo psów, z którymi trzeba wypracować relacje (z każdym indywidualnie) i jeszcze więcej obcych ludzi, którzy wchodzili z psem w interakcje. Zdecydowanie całość go przerosła. Z psami poszło gładko, bezbłędnie zostało ustalone, z którymi Chey sie kumpluje, którym okazuje należną uległość, a któremu można sprobować pokazać zęby Gorzej z ludźmi podczas zajęć „taktycznych”.. Ci, co siedzieli przy stołach lub przy ognisku, przemieszczali się po podwórku było OK: można było podejść i obwąchać, spróbować zainkasować kilka smaczków, dać się pomiziać lub zrobić sobie z czyichś nóg poduszkę Za to ja z przerażeniem patrzyłam na ostro napinaną smycz przy każdym ćwiczeniu demonstrowanym nam przez prowadzącego, ściąganie smyczą do pozycji waruj, podciąganie na zwrotach i do siadu. Miałam nadzieję zobaczyć współpracę a zobaczyłam bezwzględne wymaganie wykonania. To ja dziękuję. Prawdopodobnie moja ścieżka pracy będzie dłuższa ale chyba nastawiona na bardziej na wzajemne działania niż wojskowy dryl. W końcu pies cywilny, kanapowy, pluszak nasz... dzięki Małgosi i Kamilowi, pod których skrzydłami ćwiczymy bardzo dużą uwagę zwracam na zachowanie psa, na najlżejsze sygnały, które wysyła. A wilczak wysyła ich mnóstwo. Nie do przyjęcia jest dla mnie styl pracy, w którym pies bezustannie cs-uje. Gdzie jest ciągłe oblizywanie sie, odwracanie głowy, kulenie uszu, swoista miękkość łap i spowolnienie tempa, nagłe węszenie. Owszem, w sytuacjach typu „daje psu w trabę” te sygnały są pożądane, to komunikat do mnie, że pies czuje się pod presją a taką trzeba czasem wywierać, nie ma cudów. Ale gdy pracujemy ma to być frajda dla obu stron. Inaczej dziękujemy, wychodzimy. U pokazowej pary na sesji szkoleniowej widziałam właśnie pełny zestaw tego czego chcę uniknąć, co na drodze nauki chcę wyeliminować jeśli się pojawi Nieważne jak szybko przejdziemy na wyższe poziomy w takim czy innym szkoleniu, poziomy są ustalone regulaminami. Mnie interesuje tylko i wyłącznie poziom wzajemnej współpracy, zaufania i porozumienia. Efekt można zrobić nakręceniem na zabawę czy żarcie ale w sytuacjach mniej treningowych a bardziej ekstremalnych takie wabiki mogą nie zadziałać, zadziała natomiast prawdziwa wzajemna znajomość „partnera” i to jest naszym celem. Dlatego tak silnie przeżyłam reakcje Cheya na zabawy z „obrony”, pierwsze zetknięcie z pozorantem to była po prostu odmowa współpracy, zainteresowanie psami wokół i totalne zignorowanie gryzaka, na który Cheitan nie jest jakoś specjalnie nakręcony. Przy zintensyfikowaniu bodźców z tego zakresu (pozorant, pozostawienie psa samego, atak pozoranta itp.) Chey po prostu wymiękł, absolutnie... Nawarstwienie się emocji zaowocowało ponownym wymięknięciem, tym razem podczas przeglądu młodych. Miarka do mierzenia przerosła psa i nie dowiedziałam sie tego na czym mi tak bardzo zależało,czyli ile to moje maleństwo mierzy sobie w kłębie Na szczęście bonitacja ma wersję dla młodych psów, na szczęście dla nas, bo okazało się, że wszystkie wydarzenia dały fatalny efekt na teście charakteru:( Chey miał dość i kolejne próby dawały coraz gorszy efekt... Zrobiliśmy pas! I piesio nam powrócił do normy. Z całego przesympatycznego wyjazdu wyniosłam więc potężną lekcję o własnym psie i wiem co mamy do zrobienia do przyszłego roku. A zaczęliśmy od lekcji, że obcinanie pazurów na pewno nie boli Wróciliśmy więc do domu po 2 tygodniach, lekko zrelaksowani, zadowoleni ze spotkania ( jeszcze raz ukłony dla Rodziny Gospodarzy) i całkiem pokaźną porcją wiedzy *** Dziękując wszystkim za to spotkanie, dodatkowe specjalne podziekowania sle do Alicji, która w chwili naszego zejścia (na tarczy, niestety) ze zmagań z pozorantem wsparła nas optymizmem i ciepłym słowem Ślady
Użyj tego linku jeśli chcesz stworzyć Ślad (Trackback) do tego wpisu
Brak Śladów
|
Kalendarz
Wyszukaj na stronieAdministracja blogiem |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||