Kraków- koniec klasy młodzieży i debiut w pośredniej. Widać, że Chey jeszcze małolat ale wiek mówi swoje więc niech tam! Wyruszyłyśmy z Joasią i Dewi o barbarzyńskiej 2 w nocy. Na początek psy postanowiły mnie rozruszać i nie posłuchały zakazu pogoni kota... dobrze, ze temperatura o tej porze rześka.. Zrobiłyśmy psom w aucie salonkę, składając kanapę i to był błąd. Bo sie rozzuchwaliło gówniarstwo! Zabawy, zagryzanie, próbowanie każdego cm kwadratowego na ułożenie się.. motorki im sie włączyły...
Do Krakowa dojechałyśmy na 8 rano, godzinę meldowania sie dziewczyn na zawody obedience. Poszliśmy sobie żeby miały czas na skupienie i przećwiczenie, temperatura rosła... Wróciliśmy na stadion- z daleka zobaczyłam , że nasze gwiazdy juz są na placu, więc schowałam Cheya a sama poleciałam robić foty...
Zeszły za tarczą więc mogłyśmy zająć się wystawą.
Nadeszła Margo... w ręku 4 wilczaki, z czego dwa psy: Balrog i Daimon... no i zaczęło się...Chey przełączył sie na program „ mamo, ja wariat”... i tu pierwszy raz skoczyło mi ciśnienie...bo nie mogłam pozwolić mu na tradycyjny taniec radości – niechybnie skończyłoby się to totalnym poplątaniem smyczy. Niestety, była próba sił.... z bólem serca ale musiałam ryknąć na m młodego...
W tym całym szaleństwie dojrzałam jeszcze Ronę z Halszką i Tinką. Cheitan tez dojrzał.... 
Ale Tinka dała sobie radę z młokosem... wyręczyła mnie znakomicie w tłumaczeniu , jak nie należy się zachowywać ;p
Jakoś to całe towarzystwo pozbieraliśmy i poszliśmy w okolice ringu szukając odrobiny cienia dla psów...
A temperatura rosła...
Na szczęście znaleźliśmy krzaki, tam psy bezpiecznie mogły czekać na swoja ocenę.
Ale wybiła godzina „zero”.. Margo na ringu z Eligo, za chwile Daimon i potem my.. więc psa na smycz, aparat w dłoń i fruuu na patelnię zalana słońcem. Zaczęła sie karuzela: bieganie po ringu, robienie fotek, bieganie w porównaniu, robienie fotek.....
A temperatura wciąż rosła....
Psy na szczęście ulokowały sie niemal pod stolikiem sędziowskim, na jedynym kawałku cienia i z własnego wyboru nie ruszały sie stamtąd samodzielnie:)
Przyszła kolejna runda biegania.... bez sekundy wahania Sędzina postawiła Balroga na 1 CACIB i nastąpiła niekończąca się chwila zastanawiania nad Maxem i Cheyem... Boże! Ileż to trwało!! My tu już spływamy, żar sie leje z nieba, a Sedzina na jednego i na drugiego, podchodzi, odchodzi, dotyka, zagląda... w końcu uff! Jest decyzja... Max wędruje na res-CACIB-a a Chey... on jeszcze poczeka
Kończy tę wystawę pierwszym CWC z międzynarodówki, rozpoczynając dorosły championat..
Po ocenach kryzys... upał zrobił swoje...świat wirował przed oczami, nogi odmawiały posłuszeństwa...
Na szczęście zjawiły się na wystawie krakowskie dobre duszki: Magda z Andrzejem i Donką i zabrali nas do siebie. Tam strumienie zimnej wody, zadaszony grill-saloon i pyszne jedzonko wróciły mnie do życia. Psom upał jakoś mało przeszkadzał w gonitwach, polowaniu, zagryzaniu się i pogłębianiu nowych znajomości
Cheitanowi wyraźnie przypadła do gustu Dona..i nie powiem, nie bez wzajemności
Co ciekawe, młody ładnie się kontrolował i nie pokazał swojej zwykłej formy pt „delikatność mi nie pasuje” 
Niestety, przyszedł czas na przerwanie tej sielanki, czas było wracać na finały..Tam, w przeraźliwie parnej i gorącej hali czekały puchary dla Eligo i Ali. Chey juz powoli odpuszczał, dostroił do reszty kładąc się na chłodnej podłodze....
OK, puchary odebrane, wracamy do aut. Czeka nas 5 godzin drogi powrotnej. Tym razem psy w warunkach normalnych, w bagażniku. Zmęczone poszły spać i juz nie dokazywały. Znowu przypomniały zasadę „dobry pies to zmęczony pies” .
Warszawa niestety nie powitała nas jakoś specjalnie odmienną temperaturą, upał nadal... i psom nadal wszystko jedno.. tylko ja mam dość...