Zapowiedziane jakiś miesiąc temu zawody Obedience z lekka nas sparaliżowały , „za wcześnie!!! – jeszcze nie jesteśmy gotowi !”..owszem – wykonanie komend jakieś mamy, w sprzyjających okolicznościach nawet całkiem fajne ale zawody? Nowy teren? Nowe psy? WSZYSTKO NOWE??? No niekoniecznie... i już już byliśmy umówieni, że pojedziemy aby sprawdzić te warunki, zrobić program już po zawodach, bez punktacji ale oswajając te nowości...decyzja podjęta, z małą furtką dla namawiających , że ostatecznie zdecydujemy tuż przed...
To tuż przed miało być na ostatnich zajęciach, w piątek....
A w piątek właśnie Cheitan uparł się zostać mistrzem świata! Jak on ćwiczył !! Marzenie!! I złe mnie podkusiło, mimo głosu rozsądku, że ta forma na pewno nie przełoży się na niedzielę dusza z przytupem ogłosiła , że tak! Ryzykujemy...
Błąd, duuuuży błąd....
Rzutem na taśmę oswoiliśmy jeszcze przeszkodę i ...
Mamy niedzielę, jesteśmy na miejscu, na bocznej łące powtarzamy to co teoretycznie umiemy.. delikatny optymizm budzi się przy każdym ćwiczeniu, o dziwo całkiem przyzwoicie wykonanym, z przerywanym ale jednak kontaktem... no.. może się uda?
Pozwalamy na krótkie zabawy z Dewi, na zapoznania z innymi psami, trochę odchodzimy, trochę stoimy.... adrenalina rośnie i wraz z nią odpływa optymizm i wiara w powodzenie....wiarę czasami zawracamy pazurami gdy akurat Chey pokazuje, że kojarzy co się do niego mówi... kompletny bałagan emocjonalny! Nie wiem w tym wszystkim czy mam psa odłożyć, odejść z nim, ćwiczyć do upadłego –czyli do startu czy pozwolić na zabawę... w rezultacie robię wszystko po trochu..
Przychodzi nasza kolej, idziemy i pierwszy error, zawsze i wszędzie automatycznie siadający przy zatrzymaniu pies nie siada! TAM jest coś szalenie interesującego, tam czyli poza ringiem... ups! Zaczyna się niedobrze... po drodze jeszcze coś gryzie psa w szyję- odczekuję drapanie bo jak swędzi to trzeba podrapać a znam psa na tyle, że wiem iż nie jest to wygłup. Przebrnęliśmy jednak socjalizację na max punktów, kolej na waruj-zostań... pies waruje, wyraźnie zainteresowany tym co jest TAM, ja stoję i zaczynam czuć jak potwornie trzęsą mi się nogi.... ale jak!!! Jeszcze 10 sekund i się przewrócę! Moje nogi zaczynają żyć własnym życiem, każda osobno a ja zaczynam tracić nad tym kontrolę Ratunkuuuu! Na szczęście najdłuższa minuta świata dobiegła końca, Chey dzielnie wytrzymał pozycję, ufff...mamy zaliczone z „– 0,5” pkt za powtórzenie komendy „waruj”, która oczywiście zwykle też działa ok.... Idziemy na „zetkę”...tiaaaa..... siadanie automatyczne popsuło się całkiem i absolutnie...robię mały nawrót aby psa naprowadzić bez szarpania (uparłam się że nie szarpnę i nie docisnę, tym bardziej że w głowie kołatało mi się coś o dobrym kontakcie i braku bodźców negatywnych). No więc siad mamy jakiś kompletnie rozjechany, idziemy ... zetka z niewiadomych przyczyn przybrała mi kształt podwójnych schodków, rozpędziłam się na kolejny bok i obudziłam się dopiero na głos komisarza ringu J O proszę jacy my nadgorliwi jesteśmy! To się nazywa złośliwość...tylko nie wiem czego.. bo jak dotąd największym moim utrapieniem było to, że zetka jest za długa o półtora boku, w stosunku do zadowalającego poziomu utrzymania uwagi Cheya.... no to sobie zrobiłam dobrze
)) Sędzia łaskawie rzucił nam za to 6 pkt...i tak dużo 
Kolej na odłożenie i przywołanie, ja coraz bardziej chętna do opuszczenia ringu już i natychmiast, widzę, że tracę kontrolę a stres mnie zżera bez żadnych ograniczeń...... odpinam smycz, mamy iść na równaj..a Chey w podskokach łapie mnie za rękaw i tak sobie radośnie ze mną maszeruje! Doskonały moment na takie zabawy!! OK. doszliśmy, położył się ja odchodzę, stanęłam w miejscu i ...kolejna wtopa...spojrzałam na komisarza ringu, i potwierdzając głową odwracam się do psa... pies się zrywa na gest, ułamek sekundy przed komendą...i biegnie.... ALE JAK !!!! W życiu tak nie pędził !! Jestem w szoku.... dobiega do mnie, na sekundę siada daje mu „noga” i...odtąd już ruszyła lawina... uchachany Chey zaczyna na mnie skakać, pląsać.... nagle mam 3 psy i co najmniej 20 swobodnie machających mi przed twarzą łap.!!! Nie wiem co robić! Nie strzelę w trąbę, już mam przerąbane.. a młody wyraźnie nie wytrzymał mojego napięcia i hurtem zaserwował mi wszystkie znane mu zachowania rozładowujące sytuację......wszystkie dotychczas sprawdzające się, odnoszące skutek „odstresowywacze” podarował mi w pigułce...właściwie wielkiej pigule J

No trudno... widać dla psa mój stres był tez za silny i musiał coś z tym zrobićJ
Prawdopodobnie za tempo podbiegu (bo przecież za nic innego ;p) wpadło nam za to ćwiczenie 5,5 pkt).
Idziemy do przeszkody, tu chwila przerwy, Chey po raz pierwszy usiadł tak jak umiał, komisarz z sekretarzem ustawiali przeszkodę, trochę to trwało...na tyle długo żeby w głowie pojawił mi się mały „pik” żeby może zrobić naskok z drugiej strony, mając publikę za plecami. „Pik” został jednak, niestety stłamszony co zemściło się właściwie natychmiast bo Chey przeszkodę ładnie przeskoczył....po czym poooooszedł powitać Dewi ... i to by było na tyle jeśli chodzi o nasz „występ”.
Przeszliśmy przeładowany minami poligon, nie powiem, wróciliśmy na tarczy ale tego się spodziewałam po debiucie. Zaskoczyło mnie za to mile to, że mój pies, który totalnie się rozjechał, mimo wszystko zrobił coś co miało spowodować u mnie zmianę (stres) zamiast tylko olać temat i pójść tam gdzie jest łatwiej J
Na tej tarczy na szczęście nie zniesiono całkowitych trupów, resztkami bo resztkami jakoś dychamy wiec przywróceni do życia pozbieramy wszystko do kupy i według nowych wskazówek zabierzemy się do dalszej pracy. Pracy, która sama w sobie jest wielką radochą (żeby tylko nie te zawody ;p) .....
Jak emocje już opadły i na spokojnie przeanalizowaliśmy wszystkie wydarzenia wyszło nam i co następuje:
- debiut musiał tak wyjść i mimo , że pies jakoś tam potrafi zrobić program to spalił się planowo i wprost proporcjonalnie do spalenia się mojego
- za duży plus należy uznać, że w szczycie szaleństwa nie zniknęło nam to co najważniejsze- nie na zawody a w życiu : pies się nie boi, pies współgra ze mną i jestem z niego niebywale dumna, zrobił mi wielki prezent!
- jako, że nienawidzę rywalizacji, zawodów itp. To nigdy tego nie polubię. Ale może jeszcze popróbuję
- na koniec otrzymana od sędziego definicja „obedience” – że pies ma być posłuszny i bezwzględnie ma wykonać nie jest tą samą definicją, która znam i szanowny sędzia (zaznaczam, że słusznie nas zdyskwalifikował) pomylił w całości sędziowania PT z Obedience...ale każdy ma prawo popełniać błędy
- nadal twierdze , że dla naszego duetu na zawody jest za wcześnie, szkolenie traktujemy jako świetną zabawę i szczerze mówiąc w nosie mam czy tę zerówkę kiedykolwiek zaliczymy, grunt że na zajęciach jest fajnie !